Sylwester 2017 na Ślęży


Trochę to trwało ale w końcu jest... sylwestrowy post :-)

Sylwester- ostatnia noc w roku; niektórzy wierzą, że magiczna i że powinna być spędzona w wyjątkowy sposób. Zgodnie z porzekadłem - jaki Sylwester taki cały rok
(co prawda mówi się tak i o Wigilii i o Nowym Roku ale nie bądźmy drobiazgowi, na użytek tego wpisu przyjmijmy za właściwą opcję pierwszą;-) Wiecie skąd w ogóle się wzięło huczne obchodzenie przełomu roku? Sylwester po raz pierwszy obchodzono w roku 999. Ludzie bali się przepowiedni, która wieszczyła zagładę ludzkości, gdy świat wejdzie w rok 1 000. Jak łatwo można się domyśleć nic takiego się nie stało więc ludzie z radości (i ulgi bo nie każdy miał odwagę zmierzyć się z Sądem Ostatecznym) wybiegli na ulicę i wspólnie zaczęli świętować. I tak im się to wspólne imprezowanie spodobało, że zaczęto je powtarzać każdego roku.
W tym roku (tzn. zeszłym) chciałam znaleźć inny niż dotychczas sposób uczczenia Sylwestra. Gdzieś coś mi się kojarzyły przesądy o ogniskach, fajerwerkach ... i prawie w ostatniej chwili padł pomysł nocnego wyjścia, a raczej wejścia... na Ślężę! Z tym pomysłem spotykałam się już wcześniej (czytałam relację na blogu albo widziałam wzmiankę w gazecie) ale wtedy w planach był wypad ekipowo- górski więc do ślężańskiej idei wróciłam w grudniu. Namówiłam Katję i Remika oraz Witek i choć trzeba było rozwiać kilka wątpliwości (pogoda! ciemność! szlak! odpowiedni ubiór!) ostatecznie wszyscy zapalili się do tego, w gruncie rzeczy oryginalnego, pomysłu.

Jeżeli myślicie, że wszystko poszło zgodnie z planem to... mnie nie znacie ;-) Mistrzyni planowania zawodowo, w życiu prywatnym potrafię wykręcić niezły numer ;-)

Nadeszła niedziela, 31 grudnia. Miejsce zbiórki- Księże Małe, godzina- 19:00. Wszystko pięknie ustalone- Witek wsiada w 5 na dworcu, ja dosiadam się na Galerii Dominikańskiej i wysiadka na pętli. Proste? Proste... nie dla mnie ;-) Wszystko zaczęło się od wiadomości od Witek, że dojeżdża na miejsce… zbiórki. A ja dopiero w drodze do Dominikańskiej. No ale OK, jego wina, mógł dać znać wcześniej ;-) Niech sobie teraz czeka. Według rozkładu najpierw ma przyjechać moja 3 a minutę potem 4. Roztargniona pisaniem SMSów wsiadam do tramwaju i jadę. Wszystkich informuję, że zaraz będę itd. Za oknem powoli zapada zmrok. Podziwiam piękne dekoracje Pasażu Grunwaldzkiego... fajnie wyglądają te kolorowe lampki... ... zaraz, zaraz, jaki Pasaż ? Od kiedy to 3 jedzie przez Grunwald? Spoko, może ma jakiś objazd sylwestrowy (naiwniactwo rządzi ;-).

Sprawdzam rozkład w telefonie... rozglądam się.. O kurka wodna... wsiadłam w 4!!! Wysiadka gwałtowna- przystanek ZOO! Nie wiem czy śmiać się czy płakać. No dobra, tylko śmiać się. Informuję wszystkich o swoich zdolnościach (Witek nadal czeka na pętli, dobrze, że jest w miarę ciepło i nie pada). Z powrotem do Dominikańskiej i polowanie na 3 lub 5. Plan jest. Jaaaasne, bateria w telefonie wybrała sobie akurat ten moment, by bezczelnie paść! Nie mam kontaktu ze światem. Jak ja sobie radziłam w erze przedkomórkowej?! Listy wysyłałam. Teraz akurat to mało przydatne. Tramwaj 5 jest cudowny - nie dość, że w końcu podjeżdża, to jeszcze jest z tych nowych- ma ładowarkę do telefonów na usb! Chwila ładowania i jest, kontakt ze światem wrócił!!! Nadjeżdżam!

Pozytywny nastrój chyba wszystkim się udziela bo jakoś nie słyszę wymówek (albo po prostu ich nie dopuszczam do siebie ;-). Chwila ogarnięcia, przepakowanie, jakieś wzmacniające jedzonko i ruszamy.

Już kilka kilometrów od Przełęczy Tąpadła wita nas łańcuszek zaparkowanych samochodów. No tak, przecież pół Wrocławia plus okoliczne miejscowości miały się tu zjechać. Bez trudu (!!!!) znajdujemy miejsce parkingowe prawie przy samym wejściu na szlak. Ludzi rzeczywiście dużo. I wszystkich łączy chęć spędzenia Sylwestra w inny niż zwyczajowy sposób.
Zaopatrzeni w czołówki wtapiamy się w tłum. Szlak żółty jest bardzo prosty, nie sposób się  zgubić, nawet w nocy. Co prawda, dzięki czołówkom, latarkom jasno jest jak dzień. Niektórzy mają nawet pochodnie, co przywołuje skojarzenie z pogańskimi rytuałami podobno odbywającymi się w tutejszych lasach.

W kościele na szczycie Ślęży trwała Msza św. Pali się już kilka ognisk. Przyłączamy się do jednej z ekip ogniskowych, wyciągamy kiełbaski i raczymy się ciepłym posiłkiem (plus ketchup z McDonalda – tradycyjne lokowanie produktu ;-) i ciepłą herbatką. Dym z ognisk jest coraz bardziej męczący więc chowamy się za kościółkiem, by odetchnąć świeżym powietrzem. Otwieramy zawczasu szampana i tuż przed północą wchodzimy na małe wzniesienie, z którego widać dobrze i ogniska i szczyt Ślęży i miasto w oddali. Odliczamy do północy… trzy… dwa.. jeden… Szczęśliwego Nowego 2018 Roku!!!

Z zapartym tchem podziwiamy pokaz fajerwerków. Widoczne z oddali nie robią takiego wrażenia, jak te puszczane ze szczytu.




Dym drażni oczy więc po tradycyjnym toaście i złożeniu życzeń obchodzimy kościół wokół i schodzimy w dół.
\
A z nami lawina ludzi. Tłum już nie jest tak bezpieczny, jak w drodze na górę. Niektóre osobniki (wybaczcie, ale głównie płci męskiej) za bardzo chyba świętowały nadejście Nowego Roku. Rzuca nimi jakby halny wiał. Cóż się dziwić, w końcu w górach jesteśmy ;-)
Po powrocie do Wrocławia rzucamy się na ciepłe jedzonko, na spokojnie spełniamy toasty, próbujemy obejrzeć relacje sylwestrowe w dużych miastach i bawimy się w youtoube'ową „jaka to melodia”. Zmęczeni padamy koło 6:00.


I to powinien być koniec mojej opowieści. Ale przecież to nie koniec historii.

Rano budzę się jako pierwsza. Przepakowuje swoje rzeczy upychając wszystko w jeden plecak (ta banalna w sumie czynność nie wzbudza jakichś większych emocji ale jest potrzebna jako tło następnych wydarzeń). Podczas śniadanka słyszmy dziwny dźwięk, coś jakby pisk, w okolicy lodówki, naszych bagaży i puszek z piwem. O kurczę, chyba się rozszczelniła jakaś puszka z piwem. Tylko jak i kiedy?... Oglądamy opakowanie ale nie widać żadnej piany na sześciopaku. Nagle dostrzegamy, koło nogi Katji, źródło pisku. A mianowicie...
Tak, szanowni Czytelnicy, to coś to mały... nietoperz. Chwila niedowierzania – na trzeźwo ciężko mieć zwidy! Nietoperz wydaje się być w podobnym szoku. Piszczy strasznie (chyba głośniej niż my). Zamieramy w oczekiwaniu. Nietoperz patrzy na nas my gapimy się na niego. Szukamy w internecie podpowiedzi co z nim zrobić?! Telefon do Zielonej Straży wydaje się być pierwszym i właściwym krokiem. Niestety, nikt nie odbiera. Próbujemy kilkakrotnie ale cisza. Zostawiamy wiadomość z prośbą o kontakt i zaczynamy debatować co ze zwierzem zrobić. Witek bohatersko pakuje nietoperka do pudełka, które chowamy do szafy. Będzie miał tam cicho, ciemno i spokojnie. Wracamy do rozmów i roztrząsania skąd, u licha, wziął się ten czarny stworek w mieszkaniu? Nie dochodzimy do żadnych wniosków oprócz stwierdzenia, że albo wleciał do domu podczas naszej nieobecności albo przywieźliśmy go jakimś cudem ze Ślęży. I znowu przerywa nam znany już pisk. Nietoperek wydostał się z pudełka, szafy i przetransportował przedpokojem do pokoju. Nie miałam pojęcia, że one się przemieszczają „po ziemi”, zasuwając na złożonych skrzydełkach. I na dodatek niezwykle sprawnie im to idzie. Bez sensu ponownie zamykać go w szafie więc Witek występuje ponownie w roli bohatera, łapie piskającego do pudełka i wynosi na balkon. Nietoperek jest wolny, my oddychamy z ulgą i możemy się zbierać do wyjścia.

I tak to Sylwester 2017 /2018 przeszedł do historii... Przez nas zostanie na pewno bardzo długo zapamiętanym...


p.s. Doszliśmy później do wniosku, że nietoperz musiał się wpakować do auta gdy po zejściu ze Ślęży pakowaliśmy się do otwartego bagażnika. Jakimś cudem schował się w którymś z plecaków i na gapę dotarł do mieszkania. Tajemnicą zostanie czyje bagaże tak mu się spodobały i dlaczego go nie zauważyłam podczas porannego przepakowywania? W końcu objawił się właśnie m.in. koło mojego plecaka?!

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!






6 komentarzy:

  1. Mówi się, że jaki Sylwester taki cały rok także bedziesz miała sporo miłych i ciekawych wydarzeń w tym roku☺tylko, żeby nie z gackiem w roli głównej �� Najlepszego w Nowym Roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wobec tego już się nie mogę doczekać co mi ten nowy rok przyniesie :-) Może być bez Gacusia, byle z fajnymi ludźmi ;-)

      Wzajemnie, najlepszego :-)

      Usuń
  2. Petarda :-) Napewno na długo go zapamiętacie :-) takie atrakcje ;-) Gacuś najlepszy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miałam pojęcia, że nietoperze syczą. I potrafią się w taki sposób przemieszczać :-) Lekcja przyrody w naturze :-)

      Usuń
  3. hahhhahahhhah, bardzo mi się podoba ta relacja :) same przygody w tę sylwestrową noc, aż strach pomyslec co czeka Cie w tym roku :))
    My rok temu rowniez bylismy na Ślęży - wchodzilismy jednak czerwonym szlakiem i nie spotkalismy ani jednej osoby.. dopiero na szczycie :)
    dym to masakra, my zaraz po polnocy ucieklismy z gory bo juz nie szlo wytrzymac :)
    a przygoda z nietoperzem - ekstra :)
    pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję :-) Jaki Sylwester taka relacja :-P

      Czytałam relację na Waszym blogu. Byliście dla mnie też małą inspiracją :-) Nie mogę uwierzyć, że na czerwonym nie spotkaliście ani jednej osoby. Na żółtym tłumy!!!

      My też długo na szczycie nie wytrzymaliśmy. Nawet się schowaliśmy za kościół żeby dojść do siebie :-)

      Pozdrawiam

      Usuń